Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wynurzenia Batysfery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wynurzenia Batysfery. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 października 2017

Łzawy wpisik pożegnalny ku czci nadmorskiego miasta

Łzawy wpisik pożegnalny ku czci nadmorskiego miasta

Drogi Gdańsku,
Przyznaję, że nieco mnie zawiodłeś. Z początku mamiłeś możliwościami, studiami z perspektywami pracy, widmem fajnej przyszłości. Nie powiem, dostałam od Ciebie to i owo. Ale jest też trochę zawodów. Kilka relacji kwalifikujących mnie do zostania beneficjentką toksykologii, męka z magisterką, serce złamane po dwakroć,  deprecha w idealnym połączeniu z brakiem pracy, miliard wymuszonych przeprowadzek. Rozstanie z kotami! Moimi kochanymi! Gorsze niż zerwanie, obrona i wyrywanie zęba. Trochę mi tych psikusów nasprawiałeś. Powiedziałabym, że to nieładnie z Twojej strony. Oddałam Ci spory kawał serca, a Ty mi tutaj takie rzeczy. Powiadają, że to Petersburg pożera dusze. A to właśnie Ty niemal schrupałeś moją razem z kosteczkami. Tak łatwo się nie dam.

Zatem odchodzę. Pakuję kartony i kartoniki, upycham ciuchy do worów i żegnamy się przynajmniej na jakiś czas. Choć nie wiem, czy do Ciebie wrócę. Szkoda mi morza i tej zieleni wokół. Będę tęsknić za ludźmi. Ale to nie jest dobra relacja na płaszczyźnie człowiek – miasto. Może nie dojrzałeś do związków? Zakończyłam tu swoje sprawy, wyruszam zaczynać nowe. Może nie zginę w Wielkim Świecie. A przynajmniej będę mieszkać mając las za oknem. Pierwszy raz w życiu – sama (chociaż w ogóle nie samotna!). Jakoś tak na razie wychodzi mi całe życie z plecakiem i na kartonach. 

I w sumie teraz już żegnam się na spokojnie i bez dramatyzmu. Nawet nie mam Ci za złe.

Może trochę będę tęsknić, ale to coś na kształt syndromu sztokholmskiego.

Syrenko, bądź nieco łaskawsza niż Neptun. Na razie idzie nam nieźle.


Z poważaniem.

czwartek, 26 maja 2016

Constans niewielkomiejskie

Constans niewielkomiejskie
Dziś, całkiem niespodziewanym trafem zawitałam do rodzinnego miasteczka celem odwiedzenia Mamy (wszakże to jej święto). I po raz kolejny, idąc z dworca dobrze sobie znanymi uliczkami, zrobiło mi się retrospektywnie i sentymentalnie. Z jednej strony to znakomicie, że wiele się tu zmieniło - miasteczko zdecydowanie ładnieje, z czego można tylko się cieszyć, ale pewne rzeczy pozostają niezmienne. To dobrze, warto mieć jakieś constans w życiu.

Jak zwykle kiedy jestem w domu, przejrzałam Lokalną Gazetę. To jedna z tych rzeczy niezmiennych. Nadal piszą ją te same osoby. Nadal artykuły wyglądają jak kopiuj-wklej z podstawieniem innych danych. To zabawne, że po latach otwieram gazetę i wciąż mogę być pewna, że w każdym artykule znajdzie się sformułowanie "warto dodać/zauważyć, że...". Najważniejszym wydarzeniem ostatniego tygodnia jest fakt, że jakieś urocze dziewczę zostało powiatową miss. Szpital ma znowu kłopoty, a zawody piłkarskie wygrała ta sama drużyna co zwykle. Jest też nieodmiennie cudnej urody kącik matrymonialny, do którego pisują "zadbane, lekko puszyste wdowy w średnim wieku", które "poznają pana bez nałogów (może być wdowiec) zmotoryzowanego i z własnym M", oczywiście "panom z ZK dziękuję". Oprócz tych pań, do onego działu pisują także... panowie z ZK. Tu też przez lata nic się nie zmieniło.

No i z okazji, że dziś także Boże Ciało, czyli dzień wolny od pracy - ulice są raczej pustawe. Co jakiś czas przesuwa się tylko fala odświętnie ubranych ludzi zdążających do kościoła, lub wstępujących do lodziarni w drodze powrotnej. Na jezdni praktycznie nie ma samochodów, za to z ogródków czuć grillowe aromaty, słychać gwar rodzinnych spotkań i panuje taka wspaniała, małomiasteczkowa, chillowa atmosfera. Tego właśnie brakuje mi w Gdańsku (choć mieszkam w dzielnicy, która ma bardzo wiele cech charakterystycznych takiego małego miasteczka). Co by nie mówić - tutaj jednak żyje się nieco wolniej i spokojniej. Niby problemy takie same, ale jednak coś jest na rzeczy... 

Za oknem naszej kuchni zielenieje las. Próbuję nacieszyć oczy tym widokiem na zapas, bo wiem, że w planach jest dość spora wycinka pod obwodnicę. Z jednej strony łzy stają mi w oczach na samą myśl. Ale z drugiej - jeśli nie my tu, to kto inny miałby dokładnie ten sam problem. Takie są koleje losu i ciężko cokolwiek na to poradzić. Staram się w tej chwili cieszyć tym, że na razie jest ta zieleń za oknem i do domu dobiega fantastyczny szum drzew połączony z ptasimi śpiewami. Świergot ptaków, dziecięce śmiechy i disco polo z któregoś z ogródków (szczęśliwie, na miłosiernym poziomie decybeli). Od razu czuję się jakoś lepiej.

No i Mama. To najważniejsza zmienna-niezmienna. Chciałabym napisać coś kwiecistego i wzruszającego, ale chyba nie jestem dobra w tych wzniosłych treściach. Po prostu lubię nasze plotki o głupotach czy to przez telefon, czy przy oglądaniu jakiegoś durnego filmu w domu. Lubię fakt, że właśnie Mama rozpuściła mnie jak dziadowski bicz swoją pyszną kawą (nikt nie parzy tak dobrej kawy), że pomimo tego, że chyba nie do końca spełniam jej oczekiwania, zawsze jest. I zawsze mogę na nią liczyć. Choćby nie wiem co. I że nie dała mi jednak na imię Stefania, to też bardzo doceniam. I gdyby ktoś zapytał mnie, co mi się kojarzy z mamą, to jedna z odpowiedzi byłaby najgłupsza na świecie. Nie wiem czemu, ale tak bardzo pamiętam zapach warzyw, które kroiła, żeby ugotować rosołek. Nie rozumiem tego, ale tak jest i już.

Bardzo się cieszę, że jest miejsce, w którym jest kilka tych niezmiennych. Brzozy panoszą się w ogrodzie (mają tyle samo lat, co i ja!), do domu nadal można dojść krótszą ścieżką przez boisko do koszykówki, bracia nadal siedzą jeden w pokoju a drugi w ogródku i nie ma najmniejszego kłopotu ze znalezieniem ich w razie potrzeby, sąsiad nadal puszcza namiętnie disco polo, a w gazecie zawsze jest ogłoszenie zadbanej wdowy w średnim wieku. Ale najważniejsza jest właśnie ona. Moja Mama.

O, właśnie wraca do domu. Idę oglądać z nią babski film! I podobno po naszym ogródku kręci się słowik. Nie mogę się doczekać późniejszego wieczora!

niedziela, 15 maja 2016

Ludzie, którym się chce

Ludzie, którym się chce
Po całonocnym świętowaniu urodzin naszego szanownego Kolegi (rany, ale było świetnie!) i zaledwie półgodzinnej dawce snu, trafiłam dziś do pracy na 2. Gdańskim PZU Maratonie. Zbiórka o godzinie 5.15. Myślałam, że umrę. Jednak nie umarłam, a wręcz na odwrót.

Na rozgrzewkę wpadłam na przystanku na grupkę osób zmierzającą w tym samym kierunku i celu co ja (od stóp do głów spowici w czerń ludzie, czekający na tramwaj w niedzielę o 4.40 - od razu wiadomo, co i jak!). I jakimś owczym pędem zbiorczo wsiedliśmy do nie tego tramwaju, żeby na następnym przystanku wyskoczyć z niego jak oparzeni i wskoczyć do nadjeżdżającego już właściwego. I w tym momencie przeszło mi przez myśl, że ten dzień może nie będzie taki straszny, jak się spodziewałam. Następnym sympatycznym akcentem był naprawdę urokliwy wschód słońca. Chłód poranka trochę mnie rozbudził i tak ostatecznie trafiłam na trasę, by dzielnie nie przepuszczać pieszych usilnie próbujących zderzyć się z przebiegającymi zawodnikami.

I tak sobie nie przepuszczając owych pieszych w porywach do rowerzystów i obserwując biegaczy, zaczęłam zastanawiać się czemu od zawsze ciągnęło mnie do tego typu imprez. Przez kilka lat jeździłam sterczeć po kilkanaście godzin w lesie na obsłudze ekstremalnego rajdu na orientację (100km w 24 godziny, kto da więcej?), teraz obsługa trzeciego już biegu i użeranie się z ludźmi, którzy koniecznie chcą spowodować widowiskową kraksę. Tak jak sama nie bardzo jestem w stanie zbyt wiele przebiec, bo popsute kolano, tak dosłownie ładuję baterie obserwując tych wszystkich ludzi, którzy robią coś równie szalonego, żeby przekroczyć jakieś swoje ograniczenia, po prostu spróbować, dobrze się poczuć. A do tego ta atmosfera! Osoby biegnące w przebraniach (hitem po raz kolejny był pan w uroczym stroju baletnicy), trzymane w dłoniach naręcza baloników, przybijane piątki, dziecięce wózki pchane przez zawziętych rodziców. Po raz kolejny łezkę z mojego oka wycisnął  zawodnik pchający przed sobą wózek inwalidzki z chorym dzieckiem. 42 kilometry! Jak tu nie lubić otoczenia takich uparciuchów? Ludzi, którym się chce.

Jakoś tak po prostu dobrze znaleźć się w otoczeniu ludzi, których ciągle coś pcha naprzód. Którzy chcą pokonywać własne słabości. Czemu? Bo mogą! Tutaj pozostawiam odrobinę miejsca na jakąś mądrą myśl, której po raz kolejny pozwolę sobie nie napisać (niby zęby mądrości mam na swoim miejscu, a tu proszę).

Jeszcze przeszło mi przez głowę - no dobra, a co ja robię? Ale właściwie te nasze rekomarsze na przełaj i śpiewanki w sumie też chyba można zaliczyć do szalonych i pozornie bezsensownych rzeczy. A jak wiadomo - pozory mylą.

wtorek, 9 lutego 2016

Uczuciowa strefa komfortu

Uczuciowa strefa komfortu
Od jakiegoś czasu dosyć często chodzi mi po głowie temat wychodzenia ze strefy komfortu. Niebywale jest tkwić w swoim starym znajomym i "bezpiecznym" smrodku. I niebywale łatwo się w ten sposób zakisić na smutno i leniwo. A jak wiadomo, kiszona kapusta i ogóreczki są jak najbardziej okej, ukiszony człowiek już nie bardzo. Sama ostatnio staram się kopać w tyłek, żeby ruszać się poza dom, brać udział w jakichś nieobowiązkowych aktywnościach. Największe zadanie najbliższego czasu - znaleźć sensowną pracę. Nie mam pojęcia, czemu tak się tego boję, ale się boję (bo jestem za durna/nie umiem/ nie nadam się/milion równie głupich powodów, które nie chcą się odkleić od okołopracowych myśli). Teoretycznie mogłabym jeszcze potkwić w bezpiecznym smrodku nieróbstwa, ale ile można. Więc czas brać się w garść. Rynku pracy, drżyj! Teraz jeszcze trzeba zebrać odwagę potrzebną do otworzenia wymarzonej maleńkiej działalności...

Jednak jeśli chodzi o całą tę sławną strefę komfortu - najbardziej zadziwia mnie jej istnienie w relacjach międzyludzkich. Nie chodzi mi absolutnie o to, że sama nie mam z tym problemu. Ale ten mechanizm troszkę mnie przeraża. W szczególności niewyrażanie uczuć. Nie twierdzę, że mamy zacząć biegać w kółko i wyznawać wszystkim ludziom, że ich kochamy, ale jakoś tak brakuje mi prostego mówienia osobom, które się lubi "hej, lubię cię!", albo koleżance, że jest ładna, albo czegokolwiek w tym kierunku. Mam wrażenie, że strasznie plączemy się w gąszczu półsłówek i niedopowiedzeń, byle tylko za bardzo się nie obnażyć przed drugim człowiekiem. Wydaje mi się, że dobrze unaoczniają to wszelkie strony typu "Spotted:", gdzie pojawia się mnóstwo ogłoszeń, że Krzyś szuka Ani, z którą rozmawiał w kolejce do szatni, ale nie dał rady wydusić z siebie, że wydaje się sympatyczna i zaproponować jej przysłowiową kawę. Nie wspominając już o przyznaniu się komuś, że się zwyczajnie podoba. Kiedyś myślałam, że to tylko w filmach i głupich opowiastkach zdarzają się sytuacje "zawsze mi się podobałeś/aś, ale nie miałem odwagi ci powiedzieć", a teraz już jest z jakiejś przyczyny za późno. Jednak nie, to nie zdarza się tylko w opowiastkach. Trochę to smutne, a trochę śmieszne, że lubimy sami sobie komplikować życie. Bo a nuż coś nie wyjdzie... Tylko w zasadzie co z tego?

Okazuje się, że jednak najbardziej lubię ludzi, którzy potrafią rozmawiać o swoich uczuciach.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Rozśpiewana czarna kawa dla niedorosłych

Rozśpiewana czarna kawa dla niedorosłych
Dzisiaj, w ramach odgrzebywania Żenujących Faktów z Życia, odgrzebałam też swojego starego bloga i okropnie dawne wpisy na nim. Ale byłam emo nastolatką! Nieopatrznie pokazałam koledze linka do tego starocia, a dopiero potem zaczęłam sobie przypominać, co ja tam nawypisywałam. Aż zawahałam się czy nie usunąć tego wszystkiego i nie udawać, że ta historia w ogóle nie miała miejsca (blog? jaki blog?). A jednak nie. W sumie całkiem zabawnie jest przypomnieć sobie swoje wydumane problemy sprzed lat. Jejku, jaka wtedy byłam DOROSŁA i jakie miałam POWAŻNE SPRAWY na głowie. Szkoda, że już mi przeszło i chyba coś mi cofnęło subskrypcję na dorosłość.

Od dłuższego czasu (notabene – wciąż jestem mistrzynią piśmienniczej nieregularności) chodzi mi po głowie wpis w tonie zrzędzącym z narzekaniem na kulturę obrazkową. Jednak wczoraj, w ramach niebywale dobrego humoru, przyszło mi do głowy coś innego, więc moja wewnętrzna zrzęda musi jeszcze poczekać. W sumie nie chcę też wracać do minionego emo-ja, ile życia można przejojczeć?
No i tą metodą przyszło mi do głowy, żeby napisać o radościach i radostkach (w sumie po raz kolejny). Bo ostatnio tak jakoś okazało się, że jednak dalej jestem dzieckiem. I uświadomiłam to sobie dobitie, kiedy wyskoczyłyśmy z koleżanką na kawkę, a mi przez myśl przeszło „Och, jak dorosłe panie!”. Dowód twierdzi, że właściwie jestem już dorosłą panią. W międzyczasie ludzie  młodsi ode mnie stają się sławni, a do mojego ukochanego LO przychodzą już tylko ludzie, których w ogóle kompletnie nie znam, bo za młodzi. A ja tymczasem w ogóle nie czuję się dorośle (a – jak wspomniałam wcześniej – kiedyś się czułam). I może dzięki temu, zaczęłam się znowu cieszyć z różnych rzeczy, z których ta DOROSŁA ja aż tak bardzo się nie cieszyłam.

Muzyka. Kiedy ostatni raz Szanowny Czytelnik słuchał muzyki dla same przyjemności słuchania? Nie chodzi o zrobienie sobie jakiegoś dźwiękowego tła do jakiegoś zajęcia, tylko po prostu o słuchanie muzyki. Niewiele jest rzeczy przyjemniejszych od położenia się na kanapie i pozwoleniu by dźwięki i słowa po prostu przepływały przez duszę.

Książki. O tym chciałam wspominać à propos kultury obrazkowej. Jestem na filologii, więc książki czytać muszę w ilości hurtowej. Ale kiedy ostatni raz czytałam coś dlatego, że jest świetne? To znaczy, teraz już nie mogę powiedzieć że dawno,  ale przez prawie całe studia nie czytałam nic dla przyjemności. Teraz nagle mnie olśniło i odkrywam to na nowo. Jednak samotny wieczór z książką i kropelką wina, albo herbaty jednak nie jest synonimem nudy. Nie musi też oznaczać zbliżającej się sesji. Zaczęłam znowu czytać do poduszki i jest mi z tym niesamowicie dobrze.

Śpiewanie. Właściwie od tego powinnam była zacząć, bo właśnie śpiewanie stało się przyczynkiem do odkurzenia blogowych czeluści. Jakiś czas temu utworzyła nam się mała grupka rekoludków chcących sobie pośpiewać piosenki dawne, folkowe i egzotycznojęzyczne. I tak sobie śpiewamy co jakiś czas. A w sobotę wraz z Dwoma Przedstawicielami (których poświęcenie i zdolność do wyjścia ze swojej strefy komfortu doceniam i bardzo za to dziękuję!) wyszliśmy z tym do ludzi pierwszy raz. Konkretnie do harcerzy. I wyszło rewelacyjnie. Cieszę się, że jednocześnie mogłam pokazać mojej Najukochańszej Byłej Drużynowej ten świat, który mnie tak fascynuje, a jednocześnie pokazać wreszcie komuś znajomemu, jakie to harcerstwo zawsze było rewelacyjne. I po raz kolejny przy okazji zrozumiałam, że szaleńczo lubię śpiewać. Niekoniecznie mi to dobrze wychodzi, ale i tak uwielbiam! I cieszę się, że znam ludzi, którzy też czerpią po prostu radość ze wspólnego śpiewu. Okazało się to dla mnie ważniejsze niż myślałam.

Spotkania i rozmowy. Zawsze byłam stadnym zwierzakiem. Od zawsze też uzewnętrzniam się na blogu, czy innym Fejsbuku (no taka już jestem ekstrawertyczka. Sorry, taki mamy klimat). I zawsze lubiłam spotykać się z ludźmi. Tylko często wychodzi tak, że faktycznie SPOTKANIE SIĘ z ludźmi schodzi na dalszy plan wobec szeroko pojętego funu. Rzadko jest tak, że spotykamy się po to, żeby po prostu porozmawiać. Niedawno jednak ten zwyczaj zaczął tu u nas odżywać, a ja po ostatniej całej przegadanej nocy (pierwszej od wieków) przypomniałam sobie, jak bardzo czegoś takiego mi brakowało. I to zaraz po śpiewaniu! Takie szaleństwo.

Oczywiście pojedynczo mogłabym jeszcze wymieniać i wymieniać, ale robi się znowu długo. Do tych radości i radostek śmiało zaczynam zaliczać też picie kawy z Mamą (rozpuściła mnie jak dziadowski bicz i teraz muszę mieć prawdziwą, czarną kawę), wyskoki na miasto z Przyjaciółkami (jak dorosłe panie!), każde możliwe wyjście w przyrodę (kto do lasu na wycieczkę?), znów nadmorskie spacery, ale także miejskie spacery. Nagle zaczęła też podobać mi się ta cała około świąteczna magia i tak naprawdę cieszę się na nadchodzącą walentynkową atmosferę. I uwielbiam spotykać śmieszne dzieciaki. I zwierzaki. Zwierzaki są super.



W ogóle świat jest super, jeśli tylko troszkę się zwolni i przestanie być dorosłym.

poniedziałek, 24 marca 2014

Wiosenne niebezpieczeństwa zdrowego odżywiania

Wiosenne niebezpieczeństwa zdrowego odżywiania
Przyszła wiosna. Oczywiście - każdy szczęśliwy posiadacz okien na pewno zauważył już ten fakt. Rok powinien zaczynać się wiosną, a nie zimą. Zawsze jest to czas nowej nadziei, nowych postanowień, wszystko się rodzi... Lubię wiosnę bardzo, bardzo! A szczególnie kolorowe krokusy przed domkami na mojej najulubieńszej ulicy Gdańska, pączki na drzewach (takie świeżutkie!), cieplejszy wiatr, jasne wieczory, piękne zachody. To jest dobry czas, żeby zacząć od nowa. Nawiasem, nie wiem czemu, ale zaczynanie od nowa kojarzy mi się z wieczornym pisaniem na blogu z pozycji łóżka, czy też czytanie książki na dobranoc (zamiast siedzenia na głupich portalach). I ja nabrałam jakiegoś nowego zapału. Ciekawe, ile z niego wyniknie, ale cieszę się tym, że jest. Zawsze jednak to coś pozytywnego. :)

W temacie zaczynania jeszcze raz - rozmawiałam dziś z Przyjaciółką o naszych dietach, ćwiczeniach i postanowieniu, że do wakacji będziemy chude laski. Poza zmotywowaniem siebie nawzajem - doszłyśmy do wniosku, że teraz jest szalona moda na to całe odchudzanie, odżywianie, bycie fit. Z jednej strony - w sumie dobrze, zdrowy styl życia godzien jest promowania. Ale wydaje mi się, że to się rozbuchało całkowicie bez umiaru. Jak grzyby po deszczu rodzą się nowe fanpejdże na Fejsbuku dotyczące odchudzania, zdrowego odżywiania, złotych porad, motywacji. I tu nasuwa się pytanie - które porady są najzłotsze ze wszystkich? Ostatecznie, taką stronę może założyć każdy. W jaki sposób zweryfikować ich wiarygodność? Kto ma rację, a kto nie? Ciężko zdecydować i nie popaść w paranoję nieufności. 

A dodatkowo, ciężko nie popaść w paranoję zdrowego stylu życia. Ale takiego, no wiecie. ZDROWEGO. Codziennie morderczy trening, zmuszanie się do pochłaniania sałatek i picia smoothie (kurczę, czemu nie można nazywać tego po ludzku, koktajlem?) i pisania z szerokim emotikonkowym uśmiechem, jak bardzo nam z tym dobrze. A, koniecznie trzeba też biegać z Endomondo i udostępniać swoje znakomite wyniki, ilość pokonanych kilometrów i wypoconych litrów potu, albo spamować tablicę zdjęciami z siłowni (jeśli ktoś nie opływa w finanse - wystarczy zdjęcie z hantlami, ale za to koniecznie w szałowym dresie). Gdzie kończy się zdrowotność, a zaczyna zwykła pokazówka? Z jednej strony pokazówka - a z drugiej jakieś totalne szaleństwo. Rozmawianie tylko o diecie, myślenie tylko o diecie, odmawiania sobie wszystkiego i niedosypianie, bo trening. Absolutna psychoza. Ten zdrowy styl życia może być niebezpieczny. I bądź tu człowieku mądry... Dlatego też podsumowałyśmy rozmowę - nie gadamy o diecie. Nie rozliczamy się z pochłoniętych zbędnych kalorii każdego dnia, tylko działamy. Mała spowiedź raz na tydzień i tyle w temacie. Nie można żyć dla diety.Przecież to wszystko jest po to, żeby ulepszyć jego jakość, nie żeby się zakatować. 

No dobra, napisałam, co chciałam. Teraz z czystym sumieniem mogę pójść spać, żeby rano zjeść swoją porcję musli z jogurcikiem i kiwi. A na obiad... Nie, nie, nie! Dość myślenia przez pryzmat diety! Czas działać, a nie gadać.

Ale ze mnie jęczybuła... ;)

czwartek, 13 marca 2014

Słodko - gorzko. A na pewno słono.

Słodko - gorzko. A na pewno słono.

Wybraliśmy się wczoraj nad morze. Niektórzy powiadają co prawda, że zatoka to nie morze, ale mam w nosie takie gadanie. Późnowieczorny spacer po plaży pomaga poukładać sobie w głowie niektóre sprawy, wyciszyć się, uspokoić. I za to kocham takie wieczorne morze - za ten subtelny szum fal wkomponowany w ciszę otoczenia, za światełka migoczące w oddali, za w oddali promy, rozświetlone tysiącem lamp i za majestatycznie sunące statki, które po ciemku i z daleka wyglądają, jak małe stateczki.

A na plaży spotkaliśmy liska - chytruska. Tak mi się w każdym razie wydaje - było co prawda dość ciemno, ale psy nie mają długiej kity i sterczących spiczastych uszu. Były też śpiące kaczki i pływające przy molo łabędzie. Minęliśmy kilka osób, wszystkich tak samo pogrążonych w cichej kontemplacji. Nie wiem, jak to jest, ale nad wieczornym morzem zawsze rozmawiam półgłosem i jakoś boję się zmącić tę niezwykłą ciszę.

Z jednej strony spokój, a z drugiej... Morze jest kapryśne. Jednego dnia uspokaja cichym szumem fal i odbiciem słońca zachodzącego za horyzont, a innym razem - wyje, kipi, pożera plażę, zalewa pokłady, pogrąża łodzie. I mimo to, że nie wiadomo czego się po nim spodziewać, bardzo je kocham. W tej nieprzewidywalności jest coś niesamowicie przyciągającego. Mam to chyba we krwi. W końcu mój Tata przez 30 lat był marynarzem. Znajomi zawsze mówili "Ooo, ale fajna praca, pewnie zwiedza dalekie kraje i przywozi fajne pamiątki!". Zawsze wspominałam gorzko te słowa, kiedy wysyłał SMSa gdzieś z drugiego końca świata z wiadomością, że jest straszny sztorm. A oni są gdzieś tam, w morzu. 

Nie chciałabym mieć męża marynarza. Nie chciałabym czekać miesiącami na jego powrót na tak bardzo krótko. Zawsze za krótko. Nie chciałabym wiecznie czekać. Tak, jak czekała Mama. Tak jak ja zawsze czekałam. Bo czasem czekanie może przeciągnąć się w nieskończoność. Już prawie, już zaraz emerytura, niedługo czekanie się skończy. No i czekanie na koniec czekania. Potem nagle czekanie na wieści ze szpitala, czekanie na koniec choroby... I teraz pozostaje czekanie i nadzieja, że kiedyś się jeszcze zobaczymy. Z jednej strony morze tak bardzo uspokaja, a z drugiej - wyzwala tak ogromną tęsknotę...

Co to za przedziwna rzecz, że znowu zaczynam wesoło i lekko, a kończę ze łzą w oku?
Copyright © 2016 Moje myśli biegają końmi , Blogger