środa, 13 czerwca 2018

Zapach deszczu

Zapach deszczu

- Ech, jakie to życie jest... - Napisałam niedawno Panu Liskowi nieco enigmatycznie. Nie musiałam długo czekać na odpowiedź w postaci wyrażającego więcej niż Rafaello znaku zapytania. Odrzekłam, zgodnie z prawdą, że chodzi mi o coś bardzo mocno, tylko nie do końca wiem o co i po okraszeniu swej krasomówczej wypowiedzi znanym starosłowiańskim słowem "xD", popadłam w zadumę. Podejrzewam, że wypite wino pozostaje nie bez znaczenia dla owych przemyśleń. No ale właśnie. Jakie to życie jest? Jest tak różne, sinusoidalne, a czasem zygzakowate, że wpadłam w głęboki nurt rozmyślań nad sensem szeroko powtarzanego powiedzonka, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wszystko jest tak szalenie względne, że ojej. Na przykład długość jednej minuty zależy od tego, po której stronie drzwi toalety się znajdujemy. A i to się może zmienić w wypadku zatrzaśnięcia zamka i podejmowania akcji ratunkowej. Wszystko co lubimy i sprawia nam radość, może stać się przyczyną absolutnej udręki zależnie od [tu wstaw czynnik]. Brakuje mi puenty w tym akapicie, ale niniejszym decyduję się wybrać łatwiznę i przejść do kolejnego.

W związku z powyższym, celem ustalenia jakie to życie jest, stwierdziłam, że dobrym punktem wyjścia będzie zastanowienie się, co właściwie tak naprawdę naprawdę lubię i co nadaje życiu bezwzględnie kolor różu. Lubię czekoladę. Oj tak. Ale gdybym miała żywić się nią cały dzień, szybko od miłości przeszłabym do szczerej nienawiści. Więc może lubię czekoladę w umiarkowanych ilościach? Jednak po jeszcze głębszej analizie dochodzę do wniosku, że czekolada nawet w umiarkowanych ilościach może nie być wcale taka interesująca, jeśli przed chwila jadło się kiszone ogóreczki. Do tego właśnie przyszło mi do głowy, że wszystko jest nie tylko względne, ale przecież i zmienne. Czuję się zupełnie jak po lekcjach fizyki czy chemii, gdzie w szkole wszystko było całkiem proste do obliczenia, a w życiu okazuje się, że jest jeszcze mnóstwo nieuwzględnionych zmiennych.

O, na przykład kiedyś sądziłam, że nigdy nie nauczę się szyć. I że nigdy tego nie polubię. Maszyna do szycia? Nie rozśmieszajcie mnie! Tak samo zawsze sądziłam, że nie lubią mnie kwiatki i jestem zdolna wykończyć nawet kaktusa. A teraz siedzę sobie w tej mojej chatce na skraju lasu (notabene, istny to ptasi raj) i w przerwach pomiędzy liczeniem sarenek i wiewiórek biegających sobie za oknem, przeglądam zdjęcia z wesel, na których znalazły się uszyte przeze mnie dekoracje, podlewam moje kwiatki i przesadzam bazylię do coraz to większych doniczek (obecnie jest małe wiaderko, ale Pan Liseł sugeruje, żeby się nie patyczkować i zasadzić ją od razu w wannie). Nigdy nie przypuszczałam, że będę marzyć o własnym ogródku z kwiatami i warzywami gdzieś na odludziu. A tu proszę, jaka niespodzianka.

Oczywiście nie doszłam do żadnych wniosków, tylko sobie polałam wodę. Na szczęście nie piszę już na ocenę, mogę sobie pozwolić na brak wniosków. Ostatecznie nie wiem, jakie to życie jest, ale chyba najważniejsze, żeby wiedzieć co się lubi i na tym się skupiać.

Lubię zapach deszczu. O ile nie pada bez przerwy całe lato. Albo cały tydzień, który spędzam pod namiotem. Albo kiedy jestem na ulicy bez parasola, nigdzie w okolicy nie ma daszku, a do domu daleko. I pod warunkiem, że nie przeciekają mi niespodziewanie podeszwy. Spodziewanie też.

czwartek, 26 października 2017

Łzawy wpisik pożegnalny ku czci nadmorskiego miasta

Łzawy wpisik pożegnalny ku czci nadmorskiego miasta

Drogi Gdańsku,
Przyznaję, że nieco mnie zawiodłeś. Z początku mamiłeś możliwościami, studiami z perspektywami pracy, widmem fajnej przyszłości. Nie powiem, dostałam od Ciebie to i owo. Ale jest też trochę zawodów. Kilka relacji kwalifikujących mnie do zostania beneficjentką toksykologii, męka z magisterką, serce złamane po dwakroć,  deprecha w idealnym połączeniu z brakiem pracy, miliard wymuszonych przeprowadzek. Rozstanie z kotami! Moimi kochanymi! Gorsze niż zerwanie, obrona i wyrywanie zęba. Trochę mi tych psikusów nasprawiałeś. Powiedziałabym, że to nieładnie z Twojej strony. Oddałam Ci spory kawał serca, a Ty mi tutaj takie rzeczy. Powiadają, że to Petersburg pożera dusze. A to właśnie Ty niemal schrupałeś moją razem z kosteczkami. Tak łatwo się nie dam.

Zatem odchodzę. Pakuję kartony i kartoniki, upycham ciuchy do worów i żegnamy się przynajmniej na jakiś czas. Choć nie wiem, czy do Ciebie wrócę. Szkoda mi morza i tej zieleni wokół. Będę tęsknić za ludźmi. Ale to nie jest dobra relacja na płaszczyźnie człowiek – miasto. Może nie dojrzałeś do związków? Zakończyłam tu swoje sprawy, wyruszam zaczynać nowe. Może nie zginę w Wielkim Świecie. A przynajmniej będę mieszkać mając las za oknem. Pierwszy raz w życiu – sama (chociaż w ogóle nie samotna!). Jakoś tak na razie wychodzi mi całe życie z plecakiem i na kartonach. 

I w sumie teraz już żegnam się na spokojnie i bez dramatyzmu. Nawet nie mam Ci za złe.

Może trochę będę tęsknić, ale to coś na kształt syndromu sztokholmskiego.

Syrenko, bądź nieco łaskawsza niż Neptun. Na razie idzie nam nieźle.


Z poważaniem.

wtorek, 13 czerwca 2017

O co chodzi

O co chodzi
Dwa wpisy na rok. Będzie rekord? Śmieszne jest takie pisanie do internetowej szuflady. Ale przynajmniej jest w szufladzie, a nie zakopane szuflą. Zawsze mogło być gorzej. Borze zielony, ja to mam talent do wstępów.

Tak sobie patrzę na mój ostatni wpis o czasie, ale bez pewności, i tak sobie konstatuję (po wielu latach okazało się, że wcale nie konstantuję i w ogóle na tej stancji Konstancja nie mieszka), że ów czas nadal płynie. I jestem tym faktem nieustannie zaskoczona. Nadal siedzę sobie w mieszkaniu dolnowrzeszczańskim, ale z zupełnie innymi ludźmi. I rybek nie ma. Ale nie, że moje koty je zjadły. Rybki po prostu też się wyprowadziły na swoje. No i tak sobie siedzę konstatując i próbuję podsumować, co u mnie. Tak dla siebie i do zaszufladowania. Po raz kolejny oglądam się na znajomych, masowo zaręczających się, biorących śluby i rodzących dzieci i zastanawiam się, o co tu chodzi. Czemu wszyscy wokoło się starzeją, a ja nadal mam 15 lat? Czy powinnam być smutna, że się właśnie nie zaręczam, nie wychodzę za mąż i nie rodzę dzieci, czy raczej cieszyć, że przynajmniej się nie rozwodzę? Płakać, że spóźniona magisterka nastanie dopiero we wrześniu, czy cieszyć się z trwających zniżek studenckich? Jaki w ogóle jest termin przydatności dla takiej Batysfery?

Zazdroszczę ludziom, którzy przyjaźnią się sami ze sobą. Ostatnio, po okresie tragizmu, doła i rozpaczy, też próbuję się ze sobą zakumplować. No i dziwnie jest. Jakoś nie wiem, nie potrafię widzieć w sobie bliźniego swego. Albo czyjegoś bliźniego. W sensie takim, że ludzie wokoło są, a mnie tak trochę jakby nie ma. Niczym kiedyś w grach komputerowych - spoglądasz w dół, a tam tylko podłoga. Jak zawieszony w przestrzeni punkt widzenia. Trochę tęsknię za czasami, kiedy wiedziałam o co chodzi. Albo przynajmniej wydawało mi się, że wiem. Bo teraz to tylko wiem, że nie wiem, a do sławnego filozofa mi daleko. Dziwnie mieć jedyny napęd na  nadzieję, że za rogiem jednak coś czeka. No nie wiem. Nie wiem, o co chodzi.

Jedyne co może pomóc to szycie. I kanapka z żółtym serem, pomidorem i przyprawą do bigosu. Pamiętam, że kiedyś stwierdziłam empirycznie jej wpływ na leczenie złamanego serca. Sądzę, że powinna też w takim razie poradzić sobie z włosami, paznokciami, poczuciem odrzucenia, cerą i reumatyzmem.

I jednego jestem pewna. Żeby coś wyszło, trzeba skakać na główkę. To grozi złamaniem kręgosłupa. Ale nie wszystko da się z boczną ścieżką awaryjną na wszelki wypadek.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Chyba o czasie, ale nie ma pewności

Chyba o czasie, ale nie ma pewności

Początkowo postanowiłam skomentować swoją kolejną długą nieobecność tutaj. Potem stwierdziłam, że nie będę komentować. Aż ostatecznie komentuję swoje chęci komentatorskie. Tak właśnie można uczynić, kiedy brak pomysłu na sensowny wstęp.

Dzisiaj siedzę i dumam sobie już po raz kolejny na temat czasu. Że płynie i w ogóle. Panta rhei, wszystko zmienia się i zmienia, a ja po raz kolejny nie nadążam. Piszę z nowego mieszkania na Dolnym Wrzeszczu. Moja ukochana dzielnica! Rozglądam się po swoim pokoju, który śmiem określić jako eklektyczny vintage i zastanawiam - czemu tak? W międzyczasie zdążyłam się załamać brakiem pracy, zakasać rękawy, odpicować przepiękne CV z obrazkami, kolorami i cyrkowcami na linie, na drugi dzień dostać pracę. Biurową. Poniedziałek - piątek, w godzinach 9-17, z wykorzystaniem mojego wykształcenia. Idealnie taką, jaką chciałam. W międzyczasie praca zdążyła się zamknąć, ja  przeprowadzić. Chociaż muszę przyznać, że niebywale dużo się nauczyłam i dowiedziałam. I ostatecznie ląduję właśnie w swojej ulubionej dzielnicy, w starej willi z drewnianymi podłogami, w mieszkaniu z fajnymi znajomymi i trzema kotami. Za to znowu bez pracy, a z nowymi planami i pomysłem. Jeśli się uda... Może spełnię jedno ze swoich marzeń?

Na razie bardzo doceniam fakt, że mam naprawdę duży pokój, w którym jest zarówno miejsce, jak i stół na maleńką pracownię. Jutro mam w planie wypakować maszynę i ruszyć. Spadł dziś drobny śnieżek i wszystko wokół zyskało nieco na uroku. W głośnikach moje ostatnie odkrycie - Raflum. Polecam serdecznie na spokojne wieczory. W sumie nie umiem zdecydować czy jest mi smutno, czy wesoło. Z jednej strony pozytywne zmiany, ale znowu nie wiem, co czai się za zakrętem, dokąd to wszystko prowadzi. Trochę to fascynuje, a trochę przeraża. Muszę przyznać, że na nudę nie narzekam, ale byłabym wdzięczna za wskazanie mi, skąd można wziąć odrobinę życiowej stabilizacji. W każdym razie, na wszelki wypadek nie wyniosłam donikąd kartonów, tylko schowałam za szafą.

Czytam sobie, co tu napisałam i muszę przyznać, że wyszło dość chaotycznie. Ale tak zostawiam, bo ten chaos jakoś pasuje do obecnej chwili. No i w związku z tym, że tkwimy nieodmiennie w kontinuum czasowym - pożyjemy, zobaczymy...

Pozwolę sobie podsumować Grechutą.



A zdjęcie to jadalnia najwspanialszej gospodyni, u której gościliśmy podczas podróży na Bornholm. Trochę tęsknię.

No i ten. Zmieniłam szablon, gdyby ktoś pytał.

czwartek, 26 maja 2016

Constans niewielkomiejskie

Constans niewielkomiejskie
Dziś, całkiem niespodziewanym trafem zawitałam do rodzinnego miasteczka celem odwiedzenia Mamy (wszakże to jej święto). I po raz kolejny, idąc z dworca dobrze sobie znanymi uliczkami, zrobiło mi się retrospektywnie i sentymentalnie. Z jednej strony to znakomicie, że wiele się tu zmieniło - miasteczko zdecydowanie ładnieje, z czego można tylko się cieszyć, ale pewne rzeczy pozostają niezmienne. To dobrze, warto mieć jakieś constans w życiu.

Jak zwykle kiedy jestem w domu, przejrzałam Lokalną Gazetę. To jedna z tych rzeczy niezmiennych. Nadal piszą ją te same osoby. Nadal artykuły wyglądają jak kopiuj-wklej z podstawieniem innych danych. To zabawne, że po latach otwieram gazetę i wciąż mogę być pewna, że w każdym artykule znajdzie się sformułowanie "warto dodać/zauważyć, że...". Najważniejszym wydarzeniem ostatniego tygodnia jest fakt, że jakieś urocze dziewczę zostało powiatową miss. Szpital ma znowu kłopoty, a zawody piłkarskie wygrała ta sama drużyna co zwykle. Jest też nieodmiennie cudnej urody kącik matrymonialny, do którego pisują "zadbane, lekko puszyste wdowy w średnim wieku", które "poznają pana bez nałogów (może być wdowiec) zmotoryzowanego i z własnym M", oczywiście "panom z ZK dziękuję". Oprócz tych pań, do onego działu pisują także... panowie z ZK. Tu też przez lata nic się nie zmieniło.

No i z okazji, że dziś także Boże Ciało, czyli dzień wolny od pracy - ulice są raczej pustawe. Co jakiś czas przesuwa się tylko fala odświętnie ubranych ludzi zdążających do kościoła, lub wstępujących do lodziarni w drodze powrotnej. Na jezdni praktycznie nie ma samochodów, za to z ogródków czuć grillowe aromaty, słychać gwar rodzinnych spotkań i panuje taka wspaniała, małomiasteczkowa, chillowa atmosfera. Tego właśnie brakuje mi w Gdańsku (choć mieszkam w dzielnicy, która ma bardzo wiele cech charakterystycznych takiego małego miasteczka). Co by nie mówić - tutaj jednak żyje się nieco wolniej i spokojniej. Niby problemy takie same, ale jednak coś jest na rzeczy... 

Za oknem naszej kuchni zielenieje las. Próbuję nacieszyć oczy tym widokiem na zapas, bo wiem, że w planach jest dość spora wycinka pod obwodnicę. Z jednej strony łzy stają mi w oczach na samą myśl. Ale z drugiej - jeśli nie my tu, to kto inny miałby dokładnie ten sam problem. Takie są koleje losu i ciężko cokolwiek na to poradzić. Staram się w tej chwili cieszyć tym, że na razie jest ta zieleń za oknem i do domu dobiega fantastyczny szum drzew połączony z ptasimi śpiewami. Świergot ptaków, dziecięce śmiechy i disco polo z któregoś z ogródków (szczęśliwie, na miłosiernym poziomie decybeli). Od razu czuję się jakoś lepiej.

No i Mama. To najważniejsza zmienna-niezmienna. Chciałabym napisać coś kwiecistego i wzruszającego, ale chyba nie jestem dobra w tych wzniosłych treściach. Po prostu lubię nasze plotki o głupotach czy to przez telefon, czy przy oglądaniu jakiegoś durnego filmu w domu. Lubię fakt, że właśnie Mama rozpuściła mnie jak dziadowski bicz swoją pyszną kawą (nikt nie parzy tak dobrej kawy), że pomimo tego, że chyba nie do końca spełniam jej oczekiwania, zawsze jest. I zawsze mogę na nią liczyć. Choćby nie wiem co. I że nie dała mi jednak na imię Stefania, to też bardzo doceniam. I gdyby ktoś zapytał mnie, co mi się kojarzy z mamą, to jedna z odpowiedzi byłaby najgłupsza na świecie. Nie wiem czemu, ale tak bardzo pamiętam zapach warzyw, które kroiła, żeby ugotować rosołek. Nie rozumiem tego, ale tak jest i już.

Bardzo się cieszę, że jest miejsce, w którym jest kilka tych niezmiennych. Brzozy panoszą się w ogrodzie (mają tyle samo lat, co i ja!), do domu nadal można dojść krótszą ścieżką przez boisko do koszykówki, bracia nadal siedzą jeden w pokoju a drugi w ogródku i nie ma najmniejszego kłopotu ze znalezieniem ich w razie potrzeby, sąsiad nadal puszcza namiętnie disco polo, a w gazecie zawsze jest ogłoszenie zadbanej wdowy w średnim wieku. Ale najważniejsza jest właśnie ona. Moja Mama.

O, właśnie wraca do domu. Idę oglądać z nią babski film! I podobno po naszym ogródku kręci się słowik. Nie mogę się doczekać późniejszego wieczora!

niedziela, 15 maja 2016

Ludzie, którym się chce

Ludzie, którym się chce
Po całonocnym świętowaniu urodzin naszego szanownego Kolegi (rany, ale było świetnie!) i zaledwie półgodzinnej dawce snu, trafiłam dziś do pracy na 2. Gdańskim PZU Maratonie. Zbiórka o godzinie 5.15. Myślałam, że umrę. Jednak nie umarłam, a wręcz na odwrót.

Na rozgrzewkę wpadłam na przystanku na grupkę osób zmierzającą w tym samym kierunku i celu co ja (od stóp do głów spowici w czerń ludzie, czekający na tramwaj w niedzielę o 4.40 - od razu wiadomo, co i jak!). I jakimś owczym pędem zbiorczo wsiedliśmy do nie tego tramwaju, żeby na następnym przystanku wyskoczyć z niego jak oparzeni i wskoczyć do nadjeżdżającego już właściwego. I w tym momencie przeszło mi przez myśl, że ten dzień może nie będzie taki straszny, jak się spodziewałam. Następnym sympatycznym akcentem był naprawdę urokliwy wschód słońca. Chłód poranka trochę mnie rozbudził i tak ostatecznie trafiłam na trasę, by dzielnie nie przepuszczać pieszych usilnie próbujących zderzyć się z przebiegającymi zawodnikami.

I tak sobie nie przepuszczając owych pieszych w porywach do rowerzystów i obserwując biegaczy, zaczęłam zastanawiać się czemu od zawsze ciągnęło mnie do tego typu imprez. Przez kilka lat jeździłam sterczeć po kilkanaście godzin w lesie na obsłudze ekstremalnego rajdu na orientację (100km w 24 godziny, kto da więcej?), teraz obsługa trzeciego już biegu i użeranie się z ludźmi, którzy koniecznie chcą spowodować widowiskową kraksę. Tak jak sama nie bardzo jestem w stanie zbyt wiele przebiec, bo popsute kolano, tak dosłownie ładuję baterie obserwując tych wszystkich ludzi, którzy robią coś równie szalonego, żeby przekroczyć jakieś swoje ograniczenia, po prostu spróbować, dobrze się poczuć. A do tego ta atmosfera! Osoby biegnące w przebraniach (hitem po raz kolejny był pan w uroczym stroju baletnicy), trzymane w dłoniach naręcza baloników, przybijane piątki, dziecięce wózki pchane przez zawziętych rodziców. Po raz kolejny łezkę z mojego oka wycisnął  zawodnik pchający przed sobą wózek inwalidzki z chorym dzieckiem. 42 kilometry! Jak tu nie lubić otoczenia takich uparciuchów? Ludzi, którym się chce.

Jakoś tak po prostu dobrze znaleźć się w otoczeniu ludzi, których ciągle coś pcha naprzód. Którzy chcą pokonywać własne słabości. Czemu? Bo mogą! Tutaj pozostawiam odrobinę miejsca na jakąś mądrą myśl, której po raz kolejny pozwolę sobie nie napisać (niby zęby mądrości mam na swoim miejscu, a tu proszę).

Jeszcze przeszło mi przez głowę - no dobra, a co ja robię? Ale właściwie te nasze rekomarsze na przełaj i śpiewanki w sumie też chyba można zaliczyć do szalonych i pozornie bezsensownych rzeczy. A jak wiadomo - pozory mylą.

piątek, 13 maja 2016

Sentencjonalno - banalne kino 5D

Sentencjonalno - banalne kino 5D
Wczoraj po raz kolejny wyrwało mi się z ust westchnienie, które przystoi raczej Starej Ciotce: "Ech, jak to się wszystko w życiu zmienia". Najgorsze (a może najlepsze?), że te wszelkie westchnieniowe banały okazują się być tak strasznie prawdziwe, że zaczynam rozumieć sentencjonalne Stare Ciotki Przystolne (chociaż osobiście mam tylko Młode Ciotki). 

Ostatnio coś tam wspominałam o wychodzeniu ze strefy komfortu. Ta myśl musiała naprawdę mocno utkwić mi w głowie, bo aż przewróciłam swoje życie do góry nogami, zostając przy okazji uciekającą panną młodą. I tak tymczasowo legła w gruzach ta moja strefa bezpiecznego leniwego smrodku. Nowe i bardzo interesujące uczucie. Co prawda, teraz już zdążyłam się odrobinę okopać na nowo, ale staram się zasypywać ten okop. Pobolało, poszczypało, ale jednak dopiero teraz czuję Rzeczy. Tutaj z kolei prawdziwym okazuje się kolejny banalny tekst o łódeczce na wzburzonym morzu. Albo utonięcie, albo satysfakcja. I jeśli nie traktować siebie przesadnie serio, to jest nawet zabawne. Nie mieć pojęcia dokąd to wszystko zmierza, czuć że nie ma się już wpływu na przebieg wydarzeń i za każdym rogiem kryją się jakieś niespodzianki. Nic tylko łapać popcorn i obserwować własne życie. Takie kino 5D, tylko jeszcze bardziejsze (30D i kto da więcej?)! Okazało się, że faktycznie sporo może się zmienić w kilka miesięcy. Jednocześnie zmiana planów matrymonialnych, zmiana miejsca zamieszkania, częściowa zmiana otoczenia, zakończenie zajęć na studiach i poszukiwanie sensownej pracy.

I w sumie całkiem zabawne jest to, że po podjęciu decyzji o której myślałam, że świat się po niej zatrzyma, okazało się że świat po raz kolejny nie zatrzymał się ani na minutę. Poprzednio miałam tak po śmierci taty. Wyszłam na ulicę, a tam słońce dalej świeci, kierowcy nadal denerwują się na siebie nawzajem, dzieciaki bawią się na placu zabaw i nikt nawet nie wie, że gdzieś tam u jakiegoś dziewczęcia zaszły Przełomowe Zmiany. I dobrze. Ziemia nadal sobie toczy swój garb uroczy, a ja coraz bardziej jestem zadowolona z sytuacji. Ostatecznie nie zmarnuję życia sobie i drugiemu człowiekowi, wylądowałam w prześwietnym miejscu w dzielnicy, której nigdy nie brałam pod uwagę, z kapitalnymi ludźmi (olaboga, mamy ogródek! i kominek! i klapkę dla kotów w drzwiach!!), zakumplowałam się z ludźmi, z którymi dobrze się rozumiem i w ogóle zaszły jeszcze inne Zmiany Personalne. I bzy. Dookoła kwitną bzy. W sumie to czuję się szczęśliwa w tym nurcie wydarzeń. Przy okazji można dowiedzieć się wielu zaskakujących prawd o sobie i jeszcze bardziej docenić rodzinę i przyjaciół. W zasadzie z jednego minusa robi się całe mnóstwo plusów (czyli to co widzi optymista na cmentarzu). 

I tym sposobem po raz kolejny zamiast napisać jakąś złotą myśl, czy inną mądrość wszechczasów, zrobiłam sobie pamiętniczek. Ale w sumie co mi tam. Przecież mogę.
I pomalowałam wczoraj paznokcie. Na czerwono. O!

wtorek, 9 lutego 2016

Uczuciowa strefa komfortu

Uczuciowa strefa komfortu
Od jakiegoś czasu dosyć często chodzi mi po głowie temat wychodzenia ze strefy komfortu. Niebywale jest tkwić w swoim starym znajomym i "bezpiecznym" smrodku. I niebywale łatwo się w ten sposób zakisić na smutno i leniwo. A jak wiadomo, kiszona kapusta i ogóreczki są jak najbardziej okej, ukiszony człowiek już nie bardzo. Sama ostatnio staram się kopać w tyłek, żeby ruszać się poza dom, brać udział w jakichś nieobowiązkowych aktywnościach. Największe zadanie najbliższego czasu - znaleźć sensowną pracę. Nie mam pojęcia, czemu tak się tego boję, ale się boję (bo jestem za durna/nie umiem/ nie nadam się/milion równie głupich powodów, które nie chcą się odkleić od okołopracowych myśli). Teoretycznie mogłabym jeszcze potkwić w bezpiecznym smrodku nieróbstwa, ale ile można. Więc czas brać się w garść. Rynku pracy, drżyj! Teraz jeszcze trzeba zebrać odwagę potrzebną do otworzenia wymarzonej maleńkiej działalności...

Jednak jeśli chodzi o całą tę sławną strefę komfortu - najbardziej zadziwia mnie jej istnienie w relacjach międzyludzkich. Nie chodzi mi absolutnie o to, że sama nie mam z tym problemu. Ale ten mechanizm troszkę mnie przeraża. W szczególności niewyrażanie uczuć. Nie twierdzę, że mamy zacząć biegać w kółko i wyznawać wszystkim ludziom, że ich kochamy, ale jakoś tak brakuje mi prostego mówienia osobom, które się lubi "hej, lubię cię!", albo koleżance, że jest ładna, albo czegokolwiek w tym kierunku. Mam wrażenie, że strasznie plączemy się w gąszczu półsłówek i niedopowiedzeń, byle tylko za bardzo się nie obnażyć przed drugim człowiekiem. Wydaje mi się, że dobrze unaoczniają to wszelkie strony typu "Spotted:", gdzie pojawia się mnóstwo ogłoszeń, że Krzyś szuka Ani, z którą rozmawiał w kolejce do szatni, ale nie dał rady wydusić z siebie, że wydaje się sympatyczna i zaproponować jej przysłowiową kawę. Nie wspominając już o przyznaniu się komuś, że się zwyczajnie podoba. Kiedyś myślałam, że to tylko w filmach i głupich opowiastkach zdarzają się sytuacje "zawsze mi się podobałeś/aś, ale nie miałem odwagi ci powiedzieć", a teraz już jest z jakiejś przyczyny za późno. Jednak nie, to nie zdarza się tylko w opowiastkach. Trochę to smutne, a trochę śmieszne, że lubimy sami sobie komplikować życie. Bo a nuż coś nie wyjdzie... Tylko w zasadzie co z tego?

Okazuje się, że jednak najbardziej lubię ludzi, którzy potrafią rozmawiać o swoich uczuciach.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Rozśpiewana czarna kawa dla niedorosłych

Rozśpiewana czarna kawa dla niedorosłych
Dzisiaj, w ramach odgrzebywania Żenujących Faktów z Życia, odgrzebałam też swojego starego bloga i okropnie dawne wpisy na nim. Ale byłam emo nastolatką! Nieopatrznie pokazałam koledze linka do tego starocia, a dopiero potem zaczęłam sobie przypominać, co ja tam nawypisywałam. Aż zawahałam się czy nie usunąć tego wszystkiego i nie udawać, że ta historia w ogóle nie miała miejsca (blog? jaki blog?). A jednak nie. W sumie całkiem zabawnie jest przypomnieć sobie swoje wydumane problemy sprzed lat. Jejku, jaka wtedy byłam DOROSŁA i jakie miałam POWAŻNE SPRAWY na głowie. Szkoda, że już mi przeszło i chyba coś mi cofnęło subskrypcję na dorosłość.

Od dłuższego czasu (notabene – wciąż jestem mistrzynią piśmienniczej nieregularności) chodzi mi po głowie wpis w tonie zrzędzącym z narzekaniem na kulturę obrazkową. Jednak wczoraj, w ramach niebywale dobrego humoru, przyszło mi do głowy coś innego, więc moja wewnętrzna zrzęda musi jeszcze poczekać. W sumie nie chcę też wracać do minionego emo-ja, ile życia można przejojczeć?
No i tą metodą przyszło mi do głowy, żeby napisać o radościach i radostkach (w sumie po raz kolejny). Bo ostatnio tak jakoś okazało się, że jednak dalej jestem dzieckiem. I uświadomiłam to sobie dobitie, kiedy wyskoczyłyśmy z koleżanką na kawkę, a mi przez myśl przeszło „Och, jak dorosłe panie!”. Dowód twierdzi, że właściwie jestem już dorosłą panią. W międzyczasie ludzie  młodsi ode mnie stają się sławni, a do mojego ukochanego LO przychodzą już tylko ludzie, których w ogóle kompletnie nie znam, bo za młodzi. A ja tymczasem w ogóle nie czuję się dorośle (a – jak wspomniałam wcześniej – kiedyś się czułam). I może dzięki temu, zaczęłam się znowu cieszyć z różnych rzeczy, z których ta DOROSŁA ja aż tak bardzo się nie cieszyłam.

Muzyka. Kiedy ostatni raz Szanowny Czytelnik słuchał muzyki dla same przyjemności słuchania? Nie chodzi o zrobienie sobie jakiegoś dźwiękowego tła do jakiegoś zajęcia, tylko po prostu o słuchanie muzyki. Niewiele jest rzeczy przyjemniejszych od położenia się na kanapie i pozwoleniu by dźwięki i słowa po prostu przepływały przez duszę.

Książki. O tym chciałam wspominać à propos kultury obrazkowej. Jestem na filologii, więc książki czytać muszę w ilości hurtowej. Ale kiedy ostatni raz czytałam coś dlatego, że jest świetne? To znaczy, teraz już nie mogę powiedzieć że dawno,  ale przez prawie całe studia nie czytałam nic dla przyjemności. Teraz nagle mnie olśniło i odkrywam to na nowo. Jednak samotny wieczór z książką i kropelką wina, albo herbaty jednak nie jest synonimem nudy. Nie musi też oznaczać zbliżającej się sesji. Zaczęłam znowu czytać do poduszki i jest mi z tym niesamowicie dobrze.

Śpiewanie. Właściwie od tego powinnam była zacząć, bo właśnie śpiewanie stało się przyczynkiem do odkurzenia blogowych czeluści. Jakiś czas temu utworzyła nam się mała grupka rekoludków chcących sobie pośpiewać piosenki dawne, folkowe i egzotycznojęzyczne. I tak sobie śpiewamy co jakiś czas. A w sobotę wraz z Dwoma Przedstawicielami (których poświęcenie i zdolność do wyjścia ze swojej strefy komfortu doceniam i bardzo za to dziękuję!) wyszliśmy z tym do ludzi pierwszy raz. Konkretnie do harcerzy. I wyszło rewelacyjnie. Cieszę się, że jednocześnie mogłam pokazać mojej Najukochańszej Byłej Drużynowej ten świat, który mnie tak fascynuje, a jednocześnie pokazać wreszcie komuś znajomemu, jakie to harcerstwo zawsze było rewelacyjne. I po raz kolejny przy okazji zrozumiałam, że szaleńczo lubię śpiewać. Niekoniecznie mi to dobrze wychodzi, ale i tak uwielbiam! I cieszę się, że znam ludzi, którzy też czerpią po prostu radość ze wspólnego śpiewu. Okazało się to dla mnie ważniejsze niż myślałam.

Spotkania i rozmowy. Zawsze byłam stadnym zwierzakiem. Od zawsze też uzewnętrzniam się na blogu, czy innym Fejsbuku (no taka już jestem ekstrawertyczka. Sorry, taki mamy klimat). I zawsze lubiłam spotykać się z ludźmi. Tylko często wychodzi tak, że faktycznie SPOTKANIE SIĘ z ludźmi schodzi na dalszy plan wobec szeroko pojętego funu. Rzadko jest tak, że spotykamy się po to, żeby po prostu porozmawiać. Niedawno jednak ten zwyczaj zaczął tu u nas odżywać, a ja po ostatniej całej przegadanej nocy (pierwszej od wieków) przypomniałam sobie, jak bardzo czegoś takiego mi brakowało. I to zaraz po śpiewaniu! Takie szaleństwo.

Oczywiście pojedynczo mogłabym jeszcze wymieniać i wymieniać, ale robi się znowu długo. Do tych radości i radostek śmiało zaczynam zaliczać też picie kawy z Mamą (rozpuściła mnie jak dziadowski bicz i teraz muszę mieć prawdziwą, czarną kawę), wyskoki na miasto z Przyjaciółkami (jak dorosłe panie!), każde możliwe wyjście w przyrodę (kto do lasu na wycieczkę?), znów nadmorskie spacery, ale także miejskie spacery. Nagle zaczęła też podobać mi się ta cała około świąteczna magia i tak naprawdę cieszę się na nadchodzącą walentynkową atmosferę. I uwielbiam spotykać śmieszne dzieciaki. I zwierzaki. Zwierzaki są super.



W ogóle świat jest super, jeśli tylko troszkę się zwolni i przestanie być dorosłym.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Retrospektywne spojrzenie na Święta

Retrospektywne spojrzenie na Święta

Jak to zwykle ze mną bywa - dawno nie pisałam. I to nie ze względu na niemoc twórczą, a raczej - przemoc twórczą, jak sobie to zjawisko roboczo nazwałam. Tyle się działo, tyle pomieszało, tyle genialnych (a jakże!) myśli wpadło i wypadło z głowy, że aż nie chciało mi się pisać. Ale świąteczny czas jest znakomity do wygrzebania się z dołka. Ostatecznie nie zostanę sławną blogerką nie pisząc bloga!

Ostatnio, kiedy tu przyjechałam ("tu", czyli do mojego rodzinnego miasteczka), była jeszcze jesień. Taka złoto - ruda. I kiedy stanęłam na górce, z której schodzi się prosto pod mój dom i spojrzałam na las, nagle przypomniały mi się te wszystkie powroty ze szkoły, kiedy za dzieciaka zatrzymywałam się na tej właśnie górce i było wiadomo, że to już zaraz - wejdę do domu, będzie pachniało obiadkiem, będzie ciepło, a mama powie, że obiad będzie jak ziemniaki się ugotują. I przeżywając sobie takie cofnięcie w czasie, wymyśliłam moją własną Krainę Retrospekcji. Możliwe, że uda mi się zrobić z tego jakiś cykl (obiecany komuś, swoją drogą). Zobaczymy. Dziś pierwszy odcinek.

Teraz przyjechałam na Święta. Jakoś dziwnie przebiegały te przygotowania do Wigilii, bo nad wyraz spokojnie i wszystko było gotowe dzień wcześniej. A następnego dnia przyjechał Brat z Rodzinką i widząc roześmiane twarze naszych rodzinnych urwisów, sama przeniosłam się właśnie do mojej Krainy Retrospekcji.

Pamiętam te fajniejsze Wigilie, kiedy Tata nie był w rejsie i siedział z nami. Pamiętam te mniej fajne, kiedy można było tylko porozmawiać z nim przez telefon. Ale na razie nie kontynuuję myśli, bo znowu skończę smutno.

Do dziś z rozrzewnieniem wspominam czekanie na Świętego Mikołaja. O rany, jak ja w niego wierzyłam! Po wieczerzy szliśmy wszyscy do pokoju moich Braci, żeby pośpiewać kolędy, a w dużym pokoju (normalne rodziny nazywają tego typu pokój salonem). Zostawiało się otwarte okno, żeby Mikołaj miał którędy wejść. Po kilku odśpiewanych zwrotkach Mama wymykała się z pokoju, oczywiście żeby pozmywać troszkę w kuchni, w ogóle nie wchodząc do dużego... Po jakimś czasie wracała (ja do tej pory zwykle przebierałam już nogami ze zniecierpliwienia) i sugerowała, że chyba słychać dzwoneczki sań. I ja je wtedy słyszałam. Naprawdę słyszałam te dzwoneczki i pędziłam do pokoju, zajrzeć pod choinkę, a tam... mnóstwo paczuszek! Z takimi ślicznymi wizytówkami przywiązanymi złotą nicią. Notabene, Mikołaj ma zadziwiająco podobny charakter pisma do tego, który ma moja Rodzicielka. No i zaczynało się szaleństwo. Zawsze dziwiłam się, czemu moi Bracia cieszą się z jakichś nudnych gier, czy książek, kiedy najfajniejsze zabawki dostawałam ja (lalki, garnuszki i tym podobne kwiatki). No PRZECIEŻ KAŻDY WIE, że zabawki są najfajniejsze. ;) Oczywiście prezenty były świetne i zawsze się z nich bardzo cieszyłam, ale teraz najsilniejsze wspomnienie to było właśnie to czekanie i "świadomość", że w pokoju obok dzieją się jakieś niesamowite rzeczy, podejrzenie których byłoby niemalże rodzajem świętokradztwa. I te dzwoneczki. Siła dziecięcej wyobraźni jest niesamowita. A najbardziej niesamowite, że tak niewiele trzeba, żeby ją obudzić. I dziś sama rozumiem, czemu rodzice zawsze się starali, żeby zrobić dzieciakom jak największą radochę. Dziś już razem siedzimy i kombinujemy, co by tu jeszcze atrakcyjnego wymyślić, co spodoba się maluchom (od jakiegoś czasu rekordy popularności bije świeczniczek w kształcie ośnieżonego kościółka, naprawdę uroczy). I teraz zaczynam doceniać starania rodziców z czasów, kiedy i ja byłam takim małym brzdącem w kolorowej sukieneczce.

Nie wiem czemu, ale przypomina mi się też zgoła inna Wigilia. Babcia po udarze leżała jeszcze w szpitalu. A my spakowaliśmy trochę jedzonka, opłatek, dużą gałąź wyciętą z choinki i ozdobioną (ależ to było wbrew regulaminowi szpitala), brat złapał gitarę i zapakowaliśmy się z tym wszystkim do samochodu, pojechaliśmy do szpitala i siedzieliśmy tam wszyscy wokół babcinego łóżka, śpiewając kolędy i rozweselając chyba wszystkich pacjentów wokoło. Do dziś łezka mi się kręci w oku na wspomnienie tamtego dnia.

Przyszło mi do głowy jeszcze luźne wspomnienie - w czasach kiedy u nas w domu mieszkała jeszcze czarna pantera marki Melpomena (kochana koteczka), zawsze w momencie kiedy zaczynaliśmy śpiewać kolędy, ona robiła wielkie oczy i chodziła od domownika do domownika sprawdzając czy nam się nic nie stało. Mam wrażenie, że nie zrobimy kariery rodzinnej na miarę Kelly Family...

A z innej beczki i na całkowicie kończącym marginesie - pierwszy raz od kilku lat, w pierwszy dzień Świąt spadł śnieg. Dużo! Biały i puszysty. I wybraliśmy się z Narzeczonym na spacer po tutejszym (moim!) lesie, który wyglądał zaiste bajkowo. Poczułam się naprawdę jak księżniczka w swoim zimowym pałacu. Taką zimę to ja rozumiem - niewielki mróz i skrzący się puch. Ach! Żałuję tylko, że nie zabrałam aparatu, bo mój telefon robi zdjęcia jakości wątpliwej...




poniedziałek, 24 marca 2014

Wiosenne niebezpieczeństwa zdrowego odżywiania

Wiosenne niebezpieczeństwa zdrowego odżywiania
Przyszła wiosna. Oczywiście - każdy szczęśliwy posiadacz okien na pewno zauważył już ten fakt. Rok powinien zaczynać się wiosną, a nie zimą. Zawsze jest to czas nowej nadziei, nowych postanowień, wszystko się rodzi... Lubię wiosnę bardzo, bardzo! A szczególnie kolorowe krokusy przed domkami na mojej najulubieńszej ulicy Gdańska, pączki na drzewach (takie świeżutkie!), cieplejszy wiatr, jasne wieczory, piękne zachody. To jest dobry czas, żeby zacząć od nowa. Nawiasem, nie wiem czemu, ale zaczynanie od nowa kojarzy mi się z wieczornym pisaniem na blogu z pozycji łóżka, czy też czytanie książki na dobranoc (zamiast siedzenia na głupich portalach). I ja nabrałam jakiegoś nowego zapału. Ciekawe, ile z niego wyniknie, ale cieszę się tym, że jest. Zawsze jednak to coś pozytywnego. :)

W temacie zaczynania jeszcze raz - rozmawiałam dziś z Przyjaciółką o naszych dietach, ćwiczeniach i postanowieniu, że do wakacji będziemy chude laski. Poza zmotywowaniem siebie nawzajem - doszłyśmy do wniosku, że teraz jest szalona moda na to całe odchudzanie, odżywianie, bycie fit. Z jednej strony - w sumie dobrze, zdrowy styl życia godzien jest promowania. Ale wydaje mi się, że to się rozbuchało całkowicie bez umiaru. Jak grzyby po deszczu rodzą się nowe fanpejdże na Fejsbuku dotyczące odchudzania, zdrowego odżywiania, złotych porad, motywacji. I tu nasuwa się pytanie - które porady są najzłotsze ze wszystkich? Ostatecznie, taką stronę może założyć każdy. W jaki sposób zweryfikować ich wiarygodność? Kto ma rację, a kto nie? Ciężko zdecydować i nie popaść w paranoję nieufności. 

A dodatkowo, ciężko nie popaść w paranoję zdrowego stylu życia. Ale takiego, no wiecie. ZDROWEGO. Codziennie morderczy trening, zmuszanie się do pochłaniania sałatek i picia smoothie (kurczę, czemu nie można nazywać tego po ludzku, koktajlem?) i pisania z szerokim emotikonkowym uśmiechem, jak bardzo nam z tym dobrze. A, koniecznie trzeba też biegać z Endomondo i udostępniać swoje znakomite wyniki, ilość pokonanych kilometrów i wypoconych litrów potu, albo spamować tablicę zdjęciami z siłowni (jeśli ktoś nie opływa w finanse - wystarczy zdjęcie z hantlami, ale za to koniecznie w szałowym dresie). Gdzie kończy się zdrowotność, a zaczyna zwykła pokazówka? Z jednej strony pokazówka - a z drugiej jakieś totalne szaleństwo. Rozmawianie tylko o diecie, myślenie tylko o diecie, odmawiania sobie wszystkiego i niedosypianie, bo trening. Absolutna psychoza. Ten zdrowy styl życia może być niebezpieczny. I bądź tu człowieku mądry... Dlatego też podsumowałyśmy rozmowę - nie gadamy o diecie. Nie rozliczamy się z pochłoniętych zbędnych kalorii każdego dnia, tylko działamy. Mała spowiedź raz na tydzień i tyle w temacie. Nie można żyć dla diety.Przecież to wszystko jest po to, żeby ulepszyć jego jakość, nie żeby się zakatować. 

No dobra, napisałam, co chciałam. Teraz z czystym sumieniem mogę pójść spać, żeby rano zjeść swoją porcję musli z jogurcikiem i kiwi. A na obiad... Nie, nie, nie! Dość myślenia przez pryzmat diety! Czas działać, a nie gadać.

Ale ze mnie jęczybuła... ;)

czwartek, 13 marca 2014

Słodko - gorzko. A na pewno słono.

Słodko - gorzko. A na pewno słono.

Wybraliśmy się wczoraj nad morze. Niektórzy powiadają co prawda, że zatoka to nie morze, ale mam w nosie takie gadanie. Późnowieczorny spacer po plaży pomaga poukładać sobie w głowie niektóre sprawy, wyciszyć się, uspokoić. I za to kocham takie wieczorne morze - za ten subtelny szum fal wkomponowany w ciszę otoczenia, za światełka migoczące w oddali, za w oddali promy, rozświetlone tysiącem lamp i za majestatycznie sunące statki, które po ciemku i z daleka wyglądają, jak małe stateczki.

A na plaży spotkaliśmy liska - chytruska. Tak mi się w każdym razie wydaje - było co prawda dość ciemno, ale psy nie mają długiej kity i sterczących spiczastych uszu. Były też śpiące kaczki i pływające przy molo łabędzie. Minęliśmy kilka osób, wszystkich tak samo pogrążonych w cichej kontemplacji. Nie wiem, jak to jest, ale nad wieczornym morzem zawsze rozmawiam półgłosem i jakoś boję się zmącić tę niezwykłą ciszę.

Z jednej strony spokój, a z drugiej... Morze jest kapryśne. Jednego dnia uspokaja cichym szumem fal i odbiciem słońca zachodzącego za horyzont, a innym razem - wyje, kipi, pożera plażę, zalewa pokłady, pogrąża łodzie. I mimo to, że nie wiadomo czego się po nim spodziewać, bardzo je kocham. W tej nieprzewidywalności jest coś niesamowicie przyciągającego. Mam to chyba we krwi. W końcu mój Tata przez 30 lat był marynarzem. Znajomi zawsze mówili "Ooo, ale fajna praca, pewnie zwiedza dalekie kraje i przywozi fajne pamiątki!". Zawsze wspominałam gorzko te słowa, kiedy wysyłał SMSa gdzieś z drugiego końca świata z wiadomością, że jest straszny sztorm. A oni są gdzieś tam, w morzu. 

Nie chciałabym mieć męża marynarza. Nie chciałabym czekać miesiącami na jego powrót na tak bardzo krótko. Zawsze za krótko. Nie chciałabym wiecznie czekać. Tak, jak czekała Mama. Tak jak ja zawsze czekałam. Bo czasem czekanie może przeciągnąć się w nieskończoność. Już prawie, już zaraz emerytura, niedługo czekanie się skończy. No i czekanie na koniec czekania. Potem nagle czekanie na wieści ze szpitala, czekanie na koniec choroby... I teraz pozostaje czekanie i nadzieja, że kiedyś się jeszcze zobaczymy. Z jednej strony morze tak bardzo uspokaja, a z drugiej - wyzwala tak ogromną tęsknotę...

Co to za przedziwna rzecz, że znowu zaczynam wesoło i lekko, a kończę ze łzą w oku?

wtorek, 11 marca 2014

To kto pierdzi Cioci?

To kto pierdzi Cioci?

Podobno nie należy zaczynać od tytułu. Ja zaczęłam, a co! Już od dłuższego czasu właśnie ten tytuł chodzi mi po głowie. A jest to cytat z rodzinnego grania w Tabu. Jest tam taka poduszka - pierdziuszka, którą sygnalizuje się użycie niedozwolonego słowa. No i za każdym razem wynika problem - kto teraz pilnuje czasu, a kto pierdzi Cioci? Lubię grać z rodzinką w Tabu (nie, to nie jest wpis sponsorowany, chociaż nie miałabym nic przeciwko, bo faktycznie gra jest fajna). To jest prawdziwa kopalnia cytatów. Bardzo spodobało mi się, kiedy Ciocia próbowała przekazać mi hasło. "No wiesz, są wszędzie". Pomyślałam o fotonach (jakoś tak mi się pomyślało). Okazało się, że wcale nie. Hasłem były... Kordyliery!
- Nooo, syn Abrahama?
 -Lincoln!
I jak na złość okazuje się, że Lincoln wcale nie był synem Abrahama. Na domiar złego, nie był nim też Adam.

Lubię te spotkania i wieczorne gierki - zgadywanki u Rodzinki Gdyńskiej. Ostatnio króluje właśnie Tabu, ale jedną z ulubionych gier są nadal kalambury z pokazywaniem tytułów filmów (najciekawiej wspominam pokazywanie tytułu "O Angliku, który wszedł na wzgórze, a zszedł z góry", było wesoło).  I jeszcze jedną z ciekawszych jest ta z przyklejaniem karteczek na czole i zgadywanie, jaką się jest postacią. Ostatnio byłam Guciem. I tak długo się męczyłam, że Cioci zrobiło się mnie żal i zaczęła nucić pod nosem "Zaaacznij od Baaacha...". I kurczę, zgadłam.

Lubię te spotkania i pogaduszki o wszystkim i niczym. Od tajemnic wszechświata do niskiego humoru, którego przytaczać tu nie powinnam (ale i tak wszyscy się śmieją). "Pochodzę z rodziny inteligenckiej" - to cytat z wypracowania mojego Brata z jego czasów cielęcych. Zdanie uzyskało już status kultowego i jest cytowane przy okazji każdego kolejnego żarciku rzuconego przy stole, gdzie absolutnie nie powinien być rzucon.

Lubię te spotkania w szerszym gronie, kiedy jeszcze razem z Rodzinką Łódzką idziemy wszyscy na spacerek, nad morze. Albo po łódzkich parczkach i ciekawych miejscach. I grille pod śliwą w naszym ogrodzie. Jest głośno, jest wesoło, jest zbiorowisko dziwaków (bo jesteśmy wszyscy dziwni jak jeden mąż, choć każdy w innym kierunku). I jesteśmy wszyscy razem.

Bardzo polubiłam wizyty u Rodzinki Gdańskiej, choć wizyt tych nie było jeszcze zbyt wiele. Rozentuzjazmowana Ciocia opowiadająca o podróżach i Wujek grający na gitarze tak, że nogi same się rwą to tańca. I śmiechy, i ogólna wesołość. I błękitne meloniki z Festiwalu Dobrego Humoru.

Lubię odwiedziny u Rodzinki Brata. Chrześniak z zadatkami na polityka (już nauczył się zwalać winę o wszystko na opozycję w postaci młodszego braciszka), opozycja w postaci młodszego braciszka z uśmieszkiem sugerującym, że przed chwilą coś zbroił, bratanica w dwóch kucykach, taszcząca za sobą wielką pluszową owcę i bratanek najmłodszy, który na razie głównie śpi i je, ale pewnym jest, że jest bardzo podobny. No i Bratowa z Bratem, którzy jakimś cudem ogarniają taką gromadkę i jeszcze nie oszaleli.

Lubię siedzenie w domu z Mamą przy herbacie i rozmowy o życiu. I oglądanie filmów, w których zdradziecko czają się problemy życiowe. Nawet, kiedy film opisany jest jako komedia.

A najważniejsze jest, że choćby nie wiem co się stało, choćbym nie wiem jak zawaliła, oni mnie nie zostawią, będą zawsze. Ze swoimi dziwactwami, troskami, nietypowym poczuciem humoru, hektolitrami herbaty i godzinami rozmów. I to jest chyba pierwszy post w moim życiu, który nie jest co prawda arcydziełem i Mekką dla poszukujących ważnych i wzniosłych treści (nie mam bynajmniej na myśli tego, że inne posty są arcydziełami i Mekką), ale kończę go z łezką w oku. I to całkowicie niemetaforyczną.

sobota, 1 marca 2014

Wielkie Przenosiny małego bloga

Wielkie Przenosiny małego bloga

Zatem - dokonało się. Blog został przeniesiony i tym samym wskrzeszony po dłuższej przerwie. Okazuje się, że jednak nie potrafię żyć bez wypisywania głupotek w internetach. Taki już mój los, nie będę się z nim kłócić. Z pogodną rezygnacją (ostatecznie, ja przecież lubię wypisywać głupotki w internetach) pojawiam się tu. Dlaczego przenosiny? Mając lat 15 nie zastanawiałam się nad tym, GDZIE warto założyć bloga i popełniłam duży błąd zakładając go na wp.pl. Być może i tu nie jest idealnie, ale zdecydowanie wygodniej, estetyczniej, bardziej przejrzyście. Na domiar złego - wskutek zmian w serwisie, które zaszły pod moją nieobecność - straciłam możliwość edycji kodu. Wracam po długiej przerwie z nowym zacięciem, a tu taka przykra niespodziewanka. No i wreszcie zebrałam się do kupy i znowu mogę raczyć Szanownych Czytelników wpisami, które nie mają głębszego sensu, ale mają przynajmniej jakikolwiek.

Tak naprawdę kopnęło mnie ostatnio mentalnie w mój mentalny leniwy zadek kilka osób, pytając, czemu nie piszę. No dobra, poddaję się. Już piszę. Już nie będę taka.

Najbardziej żałuję wszystkich myśli, które kiedyś wpadły mi do makówki z adnotacją "o, to można napisać na blogu", a potem uleciały z niej  razem z Ksawerym (orkan, który wcale nie był orkanem), bo zbyt leniwą byłam, żeby się zarejestrować i coś zdziałać.

Myślę, że wystarczy, jak na pierwszą notkę. Niech się te moje literki przyzwyczają do nowego miejsca. A ja wybieram się zaraz do Rodzinki. Lubię wybierać się do Rodzinki. Myślę, że kolejny wpis będzie w tym właśnie duchu.

Copyright © 2016 Moje myśli biegają końmi , Blogger